Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kościół. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kościół. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 maja 2014

Wąskie uliczki i tajemnicze drzwi w Polop - Hiszpania 2014, część 10

12 marca 2014

Benidorm

Po wizycie w Guadalest, o wiele spokojniejszym teraz, poza sezonem, pojechaliśmy do Polop. Przy wjeździe rosną drzewa cytrynowe i pomarańczowe - ciągną się przez dobry kilometr. Im bliżej centrum miejscowości, tym węższe uliczki, między domami. W Polop właściwie nie ma wiele chodników, a w wielu miejscach gdy nadjeżdża samochód trzeba chować się w pobliskich drzwiach.


A drzwi w Polop są ciekawe - w większości porządne, duże, drewniane i ozdobne, niektóre z fantazyjną kołatką, inne z okrągłą klamką, jeszcze inne zbudowane w kształcie łuku. Domy są stare, białe, żółte, beżowe - razem tworzą jednorodną, jasną całość, z daleka zlewając się kolorami.

 Powyżej: Drzwi w kamienicach w Polop. Fot.: Monika Szostek

Udało nam się dojść do Placa del Peix, gdzie znajduje się Iglesia Parroquial de San Pedro Apóstol (Kościół Parafialny Świętego Piotra Apostoła) - to właśnie dzwonnica tego kościoła jest swoistą wizytówką miejscowości, oprócz ruin zamku górujących nad resztą budowli. Ruiny te jednak niemal wtapiają się w otoczenie, szare, ginąc pośród słonecznych budynków.

Powyżej: Kościół i dzwonnica; alejki między domami są tak wąskie, że auto ledwo się w nich mieści! Fot.: Monika Szostek


Atmosfera Polop jest interesująca: miejsce wydaje się opustoszałe, przynajmniej w centrum. Na wąskich uliczkach nikogo nie ma - tylko od czasu do czasu z zawrotną (jak na "wąskie" warunki) prędkością przejeżdża samochód. Samotny, rudy pies, szczekający na wszystkich, biega wokoło. Na oknach wystawione są butelki z wodą (nie było kogo zapytać po co...), a szczyty gór wyglądają przez szpary między budynkami, przypominając o swojej obecności: "Halo, popatrz na nas, ciągle tu jesteśmy." Starszy pan podpierający się laskami powoli schodzi ze stromej uliczki - częściowo będącą ulicą, a częściowo schodami (schodki zostały wmontowane w sam jej środek). I jest wąsko, bardzo wąsko, prawie klaustrofobicznie, gdyby nie rozległa panorama okolicy, widoczna z różnych nieoczekiwanych miejsc w Polopie.

Powyżej: Widok z miasteczka Polop. Fot.: Monika Szostek

Z trudem wjechaliśmy i wyjechaliśmy stamtąd naszą wypożyczoną, rzężącą Pandą, której to wszystko się w ogóle nie podobało - Fiat Panda jest gatunkiem, który lubi tereny płaskie. Jednak warto było sobie zrobić przystanek w Polop i pospacerować po sennych, brukowanych uliczkach.


Powyżej: Ulica w Polop. Fot.: Monika Szostek

 Dla zainteresowanych:

Polop, La Nucia i Guadalest nie są jedynymi atrakcjami w tamtejszej okolicy. Jak to w Hiszpanii, miejsca godne zwiedzenia się nie kończą - kolejnym są wodospady Fonts del Algar, wzdłuż których można przejść po schodach! Niestety, nie dotarliśmy do nich w naszych podróżach, a podobno warto.

Dojazd do Guadalest i okolicznych miejscowości nie jest trudny - z Benidormu należy kierować się trasą N332 w kierunku Altei, a tam skręcić w lewo na La Nucia oraz Polop - po Altei trzeba trochę pokrążyć, ale drogi są dobrze oznaczone, więc wystarczy podążać za znakami na rondach. Jak to mówią Hiszpanie: "muy facil, muy cercano" ("bardzo prosto, bardzo blisko").

O mnie:  




Nazywam się Monika Szostek. Moją pasją od zawsze było pisanie; 10 lat temu „złapałam robaka”, jak to mówią Anglicy, i pokochałam podróże, w które wyruszam, gdy tylko mogę. Z zawodu jestem tłumaczem języka angielskiego (to trzecia rzecz, którą lubię najbardziej na świecie). Gwarantuję usługi doskonałej jakości, w oparciu o kilkuletnie doświadczenie w tłumaczeniach (w tym technicznych dla przemysłu ciężkiego) oraz wieloletni pobyt w Wielkiej Brytanii, połączony ze studiami licencjackimi (dziennikarstwo) i magisterskimi (lingwistyka stosowana) w Southampton (to tam, skąd wypłynął Titanic; w mieście jest nawet muzeum…) Moja strona internetowa to www.adoz.manifo.com.
 
Zapraszam we wspólną podróż! :)

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Albir: ukryty klejnot turystyki - Hiszpania 2014, część 6

10 marca 2014

Benidorm

Z naszego piknikowego miejsca przy Centrum Sztuki chcieliśmy pojechać do Starego Miasta Altei. Niestety, zgubiliśmy się w wąskich, jednokierunkowych uliczkach i tam nie dotarliśmy. Czekało nas za to jednak inne wynagrodzenie - trafiliśmy na wiejskie tereny wokół miasteczka, zabudowane uroczymi willami, gdzie w ogrodach i ogródkach działkowych przylegających do posesji rosły pomarańcze. Na prośbę Bogdana nawet jedną ukradłam, prosto z drzewa - dojrzałą, pachnącą no i oczywiście będzie ona smakować lepiej - bo to w końcu zakazany owoc, zwinięty z czyjegoś drzewka. 

 
Powyżej: Drzewka pomarańczowe w sadach przy rezydencjach na przedmieściach Altei. Fot.: Monika Szostek

Trafiliśmy też do małego, samotnego kościoła - taki budynek  ni stąd ni zowąd, na tle gór, a zamknięty  na cztery spusty. Kamienisty parking dał mi jednak możliwość sprawdzenia co i jak potrafi zrobić Fiat Panda - po wyjeżdżeniu kilku dziur w żwirze doszłam do wniosku, że niewiele. Łatwo się go prowadzi, ale auto jest niestabilne, ma kiepskie przyspieszenie i nie chce mu się jechać pod górę, Panda leń jeden. Jeremy Clarkson, dziękuję za uwagę...

 Powyżej: Kościół gdzieś w okolicach Altei. Fot.: Monika Szostek

W końcu opuściliśmy Alteę jadąc trasą N332 w kierunku Benidormu. Po drodze przyszła nam jednak ochota wybrać się na plażę i przy pierwszym znaku mówiącym "platja" skręciliśmy w lewo.

W ten sposób dotarliśmy do Albir - niby mała miejscowość, ale pełna hoteli, restauracji i wieżowców z wakacyjnymi apartamentami. Układ - standardowo hiszpański, typowy dla wybrzeża: chiringuitos, promenada, palmy, roześmiani turyści. Tyle, że na promenadzie w Albir znajduje się promenada gwiazd - zgadujemy, że hiszpańskich celebrytów. Zaś kamienista plaża, złożona z gładkich kamieni (idealnych do ogródka!), oferuje świetny widok na Penyal d'Ifach oraz Calpe.

Powyżej: Kamienista plaża w Albir; w oddali widok na Penyal d'Ifach i Calp. Fot.: Monika Szostek

Powyżej: Promenada gwiazd w Albir - spacer tam to niebiańska przyjemność... :) Fot.: Monika Szostek

Powyżej: Widok na góry Serra Gelada. Fot.: Monika Szostek

Sporą zaletą Albir jest fakt, że leży pomiędzy Benidormem i Alteą, niedaleko Calpe i stanowi nie tylko świetną bazę dla wycieczek po regionie, ale też nieco spokojniejszą alternatywę dla urlopowiczów lubiących ciszę i długie spacery. Na te ostatnie bowiem jest gdzie chodzić!

Trochę zmarznięci i bardzo już zmęczeni pojechaliśmy za znakami do Parc Natural de la Serra Gelada - w góry. Park oferuje przyjemne, wybetonowane ścieżki, miejsca piknikowe i platformy widokowe - no i ławki. Jednak gdy tylko zboczy się trochę ze szlaku, zostawiając turystów nieco z boku, znaleźć się można w nieco dzikim, sosnowym lesie rosnącym na zboczach, na pooranych wodą i korzeniami drzew ścieżkach.

Niestety, pora dnia i zmęczenie nie pozwoliły nam na dłuższy pobyt w Serra Gelada, ale udało nam się dojść do punktu widokowego, skąd mieliśmy taki widok, że nie wiem co: od ogromnej skały Penyal d'Ifach, przez panoramę gór i nadmorskich miejscowości, po dalsze ogromne pasma szczytów - wszystko w świetle chylącego się ku zachodowi słońca. Z przyjemnością odpoczęliśmy tam, wpatrując się w ten obraz i próbując zapamiętać każdy szczegół.

Co więcej, z łatwością wyobraziłam sobie siebie w tamtym miejscu, wychodzącą na spacer z psem, wędrującą wśród pachnących sosen, przez które prześwituje ciemnoniebieskie morze. Ech...

O mnie:  




Nazywam się Monika Szostek. Moją pasją od zawsze było pisanie; 10 lat temu „złapałam robaka”, jak to mówią Anglicy, i pokochałam podróże, w które wyruszam, gdy tylko mogę. Z zawodu jestem tłumaczem języka angielskiego (to trzecia rzecz, którą lubię najbardziej na świecie). Gwarantuję usługi doskonałej jakości, w oparciu o kilkuletnie doświadczenie w tłumaczeniach (w tym technicznych dla przemysłu ciężkiego) oraz wieloletni pobyt w Wielkiej Brytanii, połączony ze studiami licencjackimi (dziennikarstwo) i magisterskimi (lingwistyka stosowana) w Southampton (to tam, skąd wypłynął Titanic; w mieście jest nawet muzeum…) Moja strona internetowa to www.adoz.manifo.com.
 
Zapraszam we wspólną podróż! :)

sobota, 1 marca 2014

Tarragona to dobre miasto - Katalonia 2012 - część 9

01.09.2014

Barcelona Girona, lotnisko

 Z amfiteatru w Tarragonie udaliśmy się do centrum miasteczka, podążając śladem rzymskich budowli. Obejrzeliśmy sobie mury cyrku rzymskiego i pobłądziliśmy trochę po wąskich uliczkach. Nie wszystko jest tutaj idealne - napotkaliśmy kilka budynków, wciąż zdających się mieścić lokatorów, stojących niemal w ruinie. Atmosferę miasta często pokazuje graffiti - to tam poznać można i zobaczyć prawdziwe nastroje ludzi; pośrodku placów i w bocznych uliczkach. 


Powyżej: Jedna z bocznych uliczek w Tarragonie. Fot.: Monika Szostek

W Tarragonie, podobnie jak w Manresie, przez którą przejeżdżaliśmy (udało nam się tam nawet zgubić w ciągu 5 minut, kiedy to dojechaliśmy do skrzyżowania, z którego każdy wyjazd obstawiony był znakiem zakazu wjazdu...), pełno jest wypisanych sprayem haseł o niepodległości. To zresztą nie jest wyjątkiem. Widać tu dążenie Katalończyków do uzyskania niepodległości.

Powyżej: Wielki Brat Cię obserwuje - graffiti w Tarragonie. Fot.: Monika Szostek

Powyżej: Zrujnowany blok mieszkalny w Tarragonie. Fot.: Monika Szostek

Powyżej: Tarragona to DOBRE miasto (ci z Częstochowy zrozumieją...;) Fot.: Monika Szostek

Powyżej: Las Cerdas na balkonie. Fot.: Monika Szostek

Powyżej: "Malowany" dom w Tarragonie. Fot.: Monika Szostek

Uwieńczeniem naszej wyprawy do Tarragony była jednak wizyta w katedrze. Nawet częstochowska Jasna Góra nie dorównuje wnętrzom katedry, marmurowym i bogato zdobionym. A jednocześnie - finezyjnym. Co krok byliśmy zaskoczeni czymś wyjątkowym, chociaż zdaje się, że do takich niespodzianek w Hiszpanii powinniśmy się przyzwyczaić.

Powyżej: Zdobiona kopuła w katedrze. Fot.: Monika Szostek

Najbardziej urzekającą częścią katedry jest chyba jej dziedziniec - podobny do tego w katedrze w Salisbury, w UK, tylko nieco mniejszy i bardziej ozdobny. Na samym jego środku znajduje się marmurowa fontanna ze złotymi rybkami i kwitnącą lilią wodną, a w każdym rogu dziedzińca stoją jej cztery mniejsze siostry, również zapewniające dom złotym rybkom. W rogach rosną drzewa, m.in. limonkowe. Tam zaś gdzie nie ma drzew, są kwiaty - w tym róże. Z przyjemnością usiąść można na murku fontanny i obserwować mury katedry oraz jej wieżę - ni stąd, ni zowąd wystające ponad pięknie rzeźbione kolumny krużganku. Aż nie chciało się odchodzić...


Powyżej: Mury katedry i fragment dziedzińca. Fot.: Monika Szostek

Dzisiaj zaś wyjeżdżamy - droga na lotnisko odbyła się bez żadnych niespodzianek - drogi w Hiszpanii są naprwdę świetne, mimo tego, że płatne. Po raz kolejny żegnamy się z tym niesamowitym krajem wiedząc, że wrócimy tu znowu.

Dla zainteresowanych:

Kiedy znaleźliśmy hasło "DOBRE" wypisane sprayem na słupie latarni ulicznej w Tarragonie, nie mogliśmy powstrzymać uśmiechów. Ja pochodzę z okolic Częstochowy, mój mąż z Krakowa, a oboje jesteśmy związani z Częstochową, gdyż mieszkaliśmy tam ponad rok. Przez długi czas sloganem miasta były słowa papieża Jana Pawła II: "Częstochowa to dobre miasto". Jak widać, Tarragona nam pozazdrościła - mogę jednak dodać, że też jest "dobrym miastem". Chociaż stosunek niektórych jego mieszkańców do kościoła może różnić się nieco od podejścia częstochowian - na pierwszym zdjęciu widzimy graffiti o treści "The church is full of blood and murders", co w wolnym tłumaczeniu oznacza: "Kościół jest pełen krwi i morderstw". Zaświadczam jednak osobiście, że katedra w Tarragonie jest całkowicie bezpiecznym i bardzo przyjemnym miejscem!

Więcej zdjęć i informacji można znaleźć na profilu Facebook: https://www.facebook.com/WielkiMarszBlog.

O mnie:  




Nazywam się Monika Szostek. Moją pasją od zawsze było pisanie; 10 lat temu „złapałam robaka”, jak to mówią Anglicy, i pokochałam podróże, w które wyruszam, gdy tylko mogę. Z zawodu jestem tłumaczem języka angielskiego (to trzecia rzecz, którą lubię najbardziej na świecie). Gwarantuję usługi doskonałej jakości, w oparciu o kilkuletnie doświadczenie w tłumaczeniach (w tym technicznych dla przemysłu ciężkiego) oraz wieloletni pobyt w Wielkiej Brytanii, połączony ze studiami licencjackimi (dziennikarstwo) i magisterskimi (lingwistyka stosowana) w Southampton (to tam, skąd wypłynął Titanic; w mieście jest nawet muzeum…) Moja strona internetowa to www.adoz.manifo.com.
 
Zapraszam we wspólną podróż! :)

niedziela, 23 lutego 2014

W Sitges patrz w górę - Katalonia - część 4

28 sierpnia 2012

Castelldefels

Sitges i Montserrat. Dwa miejsca w okolicach Barcelony, które zasługują na szczególną uwagę. Do Sitges wybraliśmy się wczoraj. Z klasztoru buddyjskiego przyjechaliśmy wcześnie - tak aby wykąpać się w morzu i zbudować słońce z piasku. Trochę nasz przypaliło - nasze plecy nabrały różowego koloru krewetkowego koktajlu. Tacy to właśnie - podsmażeni słońcem - pojechaliśmy późnym popołudniem do Sitges.


Powyżej: Kościół na skale w Sitges. Fot.: Monika Szostek 
Powyżej: Wieża kościoła wystająca zza muru - widok z tylnej ulicy. Fot.: Monika Szostek


Sama droga, wijąca się serpentyną wzdłuż wybrzeża, warta była wycieczki. Poszarpane, skaliste szczyty, fale rozbijające się pieniście o brzeg, stare domki i nowoczesne wille, nawet fabryki wyglądające jak z powieści Philipa K. Dick'a - wszystko to sprawia, że przeciętny zjadacz chleba odnosi wrażenie jakby ktoś - czy raczej cały kraj Hiszpanii - walił go po głowie czymś pięknym. Jeden zakręt - bach! - malowniczy krajobraz: morze, żaglówki i niebieskie niebo; drugi zakręt - bach! - potargane wodą i wiatrem skały, poprzetykane zielonym bogactwem tutejszej flory; trzeci zakręt - bach! - średniowieczny kościółek, niczym z hiszpańskiej wersji o Jasiu i Małgosi, innymi słowy - jak z baśni. I tak dalej - aż w końcu dojeżdża się do Sitges.


 Powyżej: Budynki fabryki wśród gór, w drodze z Sitges. Fot.: Monika Szostek

Sitges to małe nadmorskie miasteczko z wąskimi uliczkami, tłumami, które na nie wylegają oraz niepowtarzalną atmosferą. Najlepszą i zarazem najpiękniejszą częścią Sitges wydała nam się plaża i biegnąca wzdłuż niej promenada. To tu znajdujemy piękne bloki - hotele i domy mieszkalne, ozdobione tarasami, roślinnością i malowanymi doniczkami.


Powyżej: Ulica biegnąca wzdłuż promenady w Sitges - po lewej widać liczne bary i restauracje, zaś na jej końcu - kościół na skale. Fot.: Monika Szostek



Powyżej: Bloki wyrosłe wzdłuż promenady w Sitges - każdy miał w sobie jakiś oryginalny szczegół. Fot.: Monika Szostek

W ogóle Sitges wydaje się mieć osobną sferę - przez fakt, że uliczki są wąskie, trzeba wysoko podnosić głowę, aby dojrzeć to, co się w górze kryje. A kryje się sporo - a to kuty w żelazie balkon, a to fantazyjnie malowana okiennica, to zaś mozaikowa wieża lub dachówką zdobione wypustki.

Powyżej: Uliczka w Sitges. Fot.: Monika Szostek

Powyżej: Doniczki na balkonach w Sitges. Fot.: Monika Szostek

Powyżej: "Kafelkowe" nazwy ulicy - Ulica Świętego Sebastiana po hiszpańsku (górna) i katalońsku (dolna). Fot.: Monika Szostek

Powyżej: 5th Avenue w Sitges - prosto z Nowego Jorku... Fot.: Monika Szostek

Powyżej: Ostatnie piętra w centrum Sitges. Fot.: Monika Szostek

 Byliśmy oczarowani też ogromnymi palmami, szeroką plażą i ogromnym kościołem, zbudowanym na skale, o którą regularnie i konsekwentnie biją morskie fale. Stąd skała ta ma wygląd sera po mysich odwiedzinach - woda wgryza się w kamień skutecznie. Miał rację jeden z antycznych filozofów (Horacy bodajże) mówiąc: "Gutta cavat lapidem non vi, sed saepe cadendo." ("Kropla drąży kamień nie siłą, lecz gęstym spadaniem.")



Kościoła broni też syrena, gestem zatrzymując tych, którzy być może nie powinni wchodzić dalej. Jako że gest ten nie był na pewno skierowany ani do nas, ani do pozostałych, tłumnie przybyłych turystów, przybiłam syrenie piątkę i poszliśmy zwiedzać. Warto jechać do Sitges, oj warto.

Powyżej: Krzywa palma w Sitges. Fot.: Monika Szostek

Fot.: Dom w Sitges. Fot.: Monika Szostek

Powyżej: Wieża zegara pokryta jest mozaiką. Fot.: Monika Szostek

Fot.: Sklep rybny w Sitges - założony w 1985 roku. Fot.: Monika Szostek

Powyżej: Wszystko co owocowe. Fot.: Monika Szostek

Powyżej: Fragment kamienicy. Fot.: Monika Szostek

O mnie:  




Nazywam się Monika Szostek. Moją pasją od zawsze było pisanie; 10 lat temu „złapałam robaka”, jak to mówią Anglicy, i pokochałam podróże, w które wyruszam, gdy tylko mogę. Z zawodu jestem tłumaczem języka angielskiego (to trzecia rzecz, którą lubię najbardziej na świecie). Gwarantuję usługi doskonałej jakości, w oparciu o kilkuletnie doświadczenie w tłumaczeniach (w tym technicznych dla przemysłu ciężkiego) oraz wieloletni pobyt w Wielkiej Brytanii, połączony ze studiami licencjackimi (dziennikarstwo) i magisterskimi (lingwistyka stosowana) w Southampton (to tam, skąd wypłynął Titanic; w mieście jest nawet muzeum…) Moja strona internetowa to www.adoz.manifo.com.
 
Zapraszam we wspólną podróż! :)

środa, 19 lutego 2014

W palmowym gaju - Katalonia 2012 - część 2

26 sierpnia 2012, niedziela

Barcelona

Zwiedzanie La Sagrada Familia może zająć cały dzień - albo dłużej. Odwiedziny zarówno muzeum Gaudi'ego, jak i budynku zaprojektowanego przez niego jako tymczasowa szkoła dla dzieci robotników pracujących przy budowie tego wyjątkowego kościoła, zajmują niemal tyle samo czasu co zwiedzanie głównego holu.


Powyżej: Wieże La Sagrada Familia wyłaniające się zza budynku dawnej tymczasowej szkoły dla dzieci robotników budujących świątynię. Fot.: Monika Szostek

Dodać trzeba,  że Gaudi był genialny, a ironia jego geniuszu zapada w pamięć. W jego muzeum czytamy bowiem, że swoje budowle oparł na motywach roślinnych - kolumny ukształtowane są w charakterystyczny dla flory sposób, imitując nawet wypustki po ściętych gałęziach.

Powyżej: Gąszcz kolumn w La Sagrada Familia. Wypustki umieszczone mniej więcej na poziomie 2/3 wysokości kolumny mają imitować miejsca po odciętych gałęziach. Fot.: Monika Szostek


Kolumny i wieże wieńczące La Sagrada Familia mają kształt m.in. kwitnących źdźbeł trawy, a jej mury zdobią - oprócz słynnej Fasady Narodzenia Pańskiego oraz Fasady Męki Pańskiej - także figury gadów charakterystycznych dla tego regionu.

Powyżej: Wieże w kształcie kwitnących źdźbeł. Fot.: Monika Szostek

Powyżej: Jedna z wieżyczek. Fot.: Monika Szostek

Powyżej: Widok na Barcelonę z wieży La Sagrada Familia - w towarzystwie gołębi. Fot.: Monika Szostek
  
 Powyżej: Fasada Męki Pańskiej. Fot.: Monika Szostek

Ironicznym jest jednak to, że  - tak jak sama natura - La Sagrada Familia wydaje się być bardzo niestała. Budowla nie jest jeszcze ukończona, a jej mury już pękają, jej ozdoby już są nadgryzione przez ząb czasu. Trochę jak drzewo, które rozwija się i rozrasta tylko po to, aby kiedyś uschnąć i się zwalić na ziemię.

Powyżej: Zabezpieczone motywy roślinne Gaudi'ego. Fot.: Monika Szostek

Sam Gaudi tłumaczył wybór motywu swojej konstrukcji mowiąc, że tak jak drzewa budynki są po to, aby dawać schronienie przed deszczem i słońcem. Być może dlatego La Sagrada Familia jest tak wyjątkowa - wydaje się być postawiona  tu jakby na chwilę, wypożyczona turystom z całego świata, uprzywilejowanym, będącym tu i teraz, mogącym na chwilę schronić się pod koronami gaju Gaudi'ego.

I choć warto pospieszyć się z obejrzeniem tego cudu architektury, dobrze wiedzieć, że istnieją dęby, które przetrwały niejedno pokolenie. Miejmy nadzieję, że La Sagrada Familia przetrwa również.

Powyżej: Muszla ze święconą wodą. Jej identyczna niemal siostra znajduje się po drugiej stronie wejścia. Fot.: Monika Szostek
Powyżej: Miniaturowy model skończonej świątyni znajdujący się w muzeum przy La Sagrada Familia, w budynku dawnej szkoły. Tam można też obejrzeć plany i modele budowli. Fot.: Monika Szostek
Powyżej: Motyw ozdobny na wieży. Fot.: Monika Szostek
Powyżej: Pacierz umieszczony na ścianie w La Sagrada Familia, w dwóch językach: katalońskim i angielskim. Znajduje się tam rownież wersja hiszpańska. Fot.: Monika Szostek

O mnie:  



Nazywam się Monika Szostek. Moją pasją od zawsze było pisanie; 10 lat temu „złapałam robaka”, jak to mówią Anglicy, i pokochałam podróże, w które wyruszam, gdy tylko mogę. Z zawodu jestem tłumaczem języka angielskiego (to trzecia rzecz, którą lubię najbardziej na świecie). Gwarantuję usługi doskonałej jakości, w oparciu o kilkuletnie doświadczenie w tłumaczeniach (w tym technicznych dla przemysłu ciężkiego) oraz wieloletni pobyt w Wielkiej Brytanii, połączony ze studiami licencjackimi (dziennikarstwo) i magisterskimi (lingwistyka stosowana) w Southampton (to tam, skąd wypłynął Titanic; w mieście jest nawet muzeum…) Moja strona internetowa to www.adoz.manifo.com.
 
Zapraszam we wspólną podróż! :)

Popularne posty