Pokazywanie postów oznaczonych etykietą promenada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą promenada. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 kwietnia 2014

Małpiszony w akwarium - Hiszpania 2014, część 7

11 marca 2014, wtorek

Isla Benidorm

Dziś rano obudziliśmy się z zamiarem pozostania w Benidormie. Mimo tego, że lokalizację hotelu wybraliśmy ze względu na to, że Benidorm jest doskonałą bazą wypadową do zwiedzania regionu, zdecydowaliśmy, że skoro już tu jesteśmy, to warto zwiedzić miasto. Postanowiliśmy to połączyć z krótką wycieczką na Isla Benidorm - w tym celu musieliśmy powędrować promenadą na drugą stronę miasta.

Powyżej: Odpływając z Benidormu w stronę Isla Benidorm. Uważny obserwator może dostrzec "wycięty ząb" na szczycie góry... Fot.: Monika Szostek

 Trochę to zajęło. Benidorm mały nie jest i pomimo tego, że jest poza sezonem, tłumy turystów spacerują nad morzem. Możemy tylko domyślać się jak tu jest w lecie - szpilki zapewne nie da się wcisnąć... Nie jest to miejsce dla tych, którzy cenią sobie ciszę i spokój, na pewno.

Łódź nam uciekła, ale poczekaliśmy na drugą, oglądając rozległą panoramę miasta. Nad linię wieżowców wystaje ogromny blok w kształcie litery 'M' - podobno zbudowany tak na pamiątkę zamachów bombowych w Madrycie. Nad nim piętrzy się szczyt z czymś, co Bogdan trafnie nazwał wyciętym zębem - na samej górze znajduje się bowiem prawie idealnie kwadratowa wyrwa.

Podróż łódką była krótka i wietrzna - przyjemnie było pohuśtać się trochę na intensywnie niebieskim Morzu Śródziemnym, obserwując skały i fale.

Powyżej: Zapinam kurtkę, za chwilę kaptur na głowę i chylę czoła dumnie powiewającej fladze... Wiało jak... no, jak nad morzem... Fot.: Bogdan Szostek


Powyżej: Zbliżając się do Isla Benidorm - słońce grzało, ale wiatr nie dał o sobie zapomnieć! Fot.: Monika Szostek

Po dobiciu na brzeg zaproszono nas na krótki rejs łodzią o szklanym dnie - przejażdżka wliczona w cenę. Zeszliśmy posłusznie do szklanej trumny, z metalowymi taboretami przymocowanymi do podłogi i tam od razu zobaczyliśmy rybki. Tym razem to my jednak byliśmy eksponatami w akwarium, a ryby zaciekawione podwodnymi małpiszonami podążały za nami. Szukaliśmy płaszczek, ale nie było. Zaryliśmy za to łodzią o skały - wywołało to lawinę komentarzy ze strony pięciu sympatycznych szkockich ladies na temat zatonięcia Titanica...

Powyżej: Wewnątrz łodzi o szklanym dnie - przycupnięci na metalowych taboretach zahaczaliśmy o skały dna... Fot.: Monika Szostek

Powyżej: Rybki! Płynęły za nami prawie całą drogę... Fot.: Monika Szostek

O mnie:  



Nazywam się Monika Szostek. Moją pasją od zawsze było pisanie; 10 lat temu „złapałam robaka”, jak to mówią Anglicy, i pokochałam podróże, w które wyruszam, gdy tylko mogę. Z zawodu jestem tłumaczem języka angielskiego (to trzecia rzecz, którą lubię najbardziej na świecie). Gwarantuję usługi doskonałej jakości, w oparciu o kilkuletnie doświadczenie w tłumaczeniach (w tym technicznych dla przemysłu ciężkiego) oraz wieloletni pobyt w Wielkiej Brytanii, połączony ze studiami licencjackimi (dziennikarstwo) i magisterskimi (lingwistyka stosowana) w Southampton (to tam, skąd wypłynął Titanic; w mieście jest nawet muzeum…) Moja strona internetowa to www.adoz.manifo.com.
 
Zapraszam we wspólną podróż! :)

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Albir: ukryty klejnot turystyki - Hiszpania 2014, część 6

10 marca 2014

Benidorm

Z naszego piknikowego miejsca przy Centrum Sztuki chcieliśmy pojechać do Starego Miasta Altei. Niestety, zgubiliśmy się w wąskich, jednokierunkowych uliczkach i tam nie dotarliśmy. Czekało nas za to jednak inne wynagrodzenie - trafiliśmy na wiejskie tereny wokół miasteczka, zabudowane uroczymi willami, gdzie w ogrodach i ogródkach działkowych przylegających do posesji rosły pomarańcze. Na prośbę Bogdana nawet jedną ukradłam, prosto z drzewa - dojrzałą, pachnącą no i oczywiście będzie ona smakować lepiej - bo to w końcu zakazany owoc, zwinięty z czyjegoś drzewka. 

 
Powyżej: Drzewka pomarańczowe w sadach przy rezydencjach na przedmieściach Altei. Fot.: Monika Szostek

Trafiliśmy też do małego, samotnego kościoła - taki budynek  ni stąd ni zowąd, na tle gór, a zamknięty  na cztery spusty. Kamienisty parking dał mi jednak możliwość sprawdzenia co i jak potrafi zrobić Fiat Panda - po wyjeżdżeniu kilku dziur w żwirze doszłam do wniosku, że niewiele. Łatwo się go prowadzi, ale auto jest niestabilne, ma kiepskie przyspieszenie i nie chce mu się jechać pod górę, Panda leń jeden. Jeremy Clarkson, dziękuję za uwagę...

 Powyżej: Kościół gdzieś w okolicach Altei. Fot.: Monika Szostek

W końcu opuściliśmy Alteę jadąc trasą N332 w kierunku Benidormu. Po drodze przyszła nam jednak ochota wybrać się na plażę i przy pierwszym znaku mówiącym "platja" skręciliśmy w lewo.

W ten sposób dotarliśmy do Albir - niby mała miejscowość, ale pełna hoteli, restauracji i wieżowców z wakacyjnymi apartamentami. Układ - standardowo hiszpański, typowy dla wybrzeża: chiringuitos, promenada, palmy, roześmiani turyści. Tyle, że na promenadzie w Albir znajduje się promenada gwiazd - zgadujemy, że hiszpańskich celebrytów. Zaś kamienista plaża, złożona z gładkich kamieni (idealnych do ogródka!), oferuje świetny widok na Penyal d'Ifach oraz Calpe.

Powyżej: Kamienista plaża w Albir; w oddali widok na Penyal d'Ifach i Calp. Fot.: Monika Szostek

Powyżej: Promenada gwiazd w Albir - spacer tam to niebiańska przyjemność... :) Fot.: Monika Szostek

Powyżej: Widok na góry Serra Gelada. Fot.: Monika Szostek

Sporą zaletą Albir jest fakt, że leży pomiędzy Benidormem i Alteą, niedaleko Calpe i stanowi nie tylko świetną bazę dla wycieczek po regionie, ale też nieco spokojniejszą alternatywę dla urlopowiczów lubiących ciszę i długie spacery. Na te ostatnie bowiem jest gdzie chodzić!

Trochę zmarznięci i bardzo już zmęczeni pojechaliśmy za znakami do Parc Natural de la Serra Gelada - w góry. Park oferuje przyjemne, wybetonowane ścieżki, miejsca piknikowe i platformy widokowe - no i ławki. Jednak gdy tylko zboczy się trochę ze szlaku, zostawiając turystów nieco z boku, znaleźć się można w nieco dzikim, sosnowym lesie rosnącym na zboczach, na pooranych wodą i korzeniami drzew ścieżkach.

Niestety, pora dnia i zmęczenie nie pozwoliły nam na dłuższy pobyt w Serra Gelada, ale udało nam się dojść do punktu widokowego, skąd mieliśmy taki widok, że nie wiem co: od ogromnej skały Penyal d'Ifach, przez panoramę gór i nadmorskich miejscowości, po dalsze ogromne pasma szczytów - wszystko w świetle chylącego się ku zachodowi słońca. Z przyjemnością odpoczęliśmy tam, wpatrując się w ten obraz i próbując zapamiętać każdy szczegół.

Co więcej, z łatwością wyobraziłam sobie siebie w tamtym miejscu, wychodzącą na spacer z psem, wędrującą wśród pachnących sosen, przez które prześwituje ciemnoniebieskie morze. Ech...

O mnie:  




Nazywam się Monika Szostek. Moją pasją od zawsze było pisanie; 10 lat temu „złapałam robaka”, jak to mówią Anglicy, i pokochałam podróże, w które wyruszam, gdy tylko mogę. Z zawodu jestem tłumaczem języka angielskiego (to trzecia rzecz, którą lubię najbardziej na świecie). Gwarantuję usługi doskonałej jakości, w oparciu o kilkuletnie doświadczenie w tłumaczeniach (w tym technicznych dla przemysłu ciężkiego) oraz wieloletni pobyt w Wielkiej Brytanii, połączony ze studiami licencjackimi (dziennikarstwo) i magisterskimi (lingwistyka stosowana) w Southampton (to tam, skąd wypłynął Titanic; w mieście jest nawet muzeum…) Moja strona internetowa to www.adoz.manifo.com.
 
Zapraszam we wspólną podróż! :)

czwartek, 17 kwietnia 2014

Plaża, nowoczesne budowle i o tym, jak można zejść na złą drogę... - Hiszpania 2014, część 3

9 marca 2014

Benidorm

Po obiedzie zabraliśmy samochody z parkingu i pojechaliśmy na plażę. Plaża w Walencji jest szeroka, piaszczysta i złota. Wzdłuż plaży ciągnie się rozległa promenada, wzdłuż której  gęsto posadzono palmy. Robi to wszystko przyjemne wrażenie, jednak szybko zmyliśmy się do pobliskiej lodziarnio-kawiarni - chłodno było i mimo słońca wiatr dawał się we znaki. 

 Powyżej: Ogromna i złota - taka jest plaża w Walencji. Fot.: Monika Szostek

Powyżej: Palmy na promenadzie. Fot.: Monika Szostek

Już pod wieczór pożegnaliśmy naszych znajomych-przewodników i udaliśmy się do nowej części miasta - i tu czekał na nas niewielki szok kulturowo-architektoniczny...

Powyżej: Nowoczesna promenada w Walencji - wieczorową porą. Fot.: Monika Szostek

Obecne tu budowle, ukształtowane zdaje się na motywy morskie, ale z wyraźnymi wpływami Gaudi'ego (widząc kolumny i szaro-białe fasady "pokręcone" jak w Parku Guell i innych budowlach Barcelony, od razu pomyśleliśmy o tym genialnym architekcie). Wyglądało to wszystko bardzo monumentalnie, oświetlone w mroku. Chętnie spędzilibyśmy więcej czasu w tej części Walencji, ale byliśmy już jednak zmęczeni, zimny wiatr się wzmagał, a przed nami była długa podróż. Wsiedliśmy więc w samochód i ruszyliśmy w drogę.


Powyżej: Wloty do podziemi? Fot.: Monika Szostek

 Powyżej: Budynek-ryba. Fot.: Monika Szostek

Powyżej: Jeden z wielkich stożków... i Bogdan. A tak naprawdę to przejście podziemne. Fot.: Monika Szostek

Wydostanie się z Walencji wieczorową porą okazało się równie trudne jak przyjazd w ciągu dnia. Kiedy w końcu trafiliśmy na znaki wskazujące Alicante, wybraliśmy złą trasę - zamiast płatną AP-7 pojechaliśmy A-7. W ten sposób zamiast jechać prosto do Benidormu, nadrobiliśmy kilkadziesiąt kilometrów jadąc przez Noveldę, Alicante i Villa-Joyosa (La Vila Joiosa), kończąc na AP-7 od drugiej strony. Jak się okazuje, AP-7 jest najlepszą trasą wzdłuż wybrzeża; alternatywą jest N332 biegnąca wybrzeżem przez miasteczka i wioski - miejscami bardzo malownicza.  Przy rozjeździe A-7 i AP-7 bardzo łatwo się pomylić - oba znaki mówią Alicante i dla kogoś, kto nie zna regionu może się wydawać, że trasy są równoległe; my daliśmy się nabrać.

 Powyżej: Ulice Walencji - podczas prób wydostania się z miasta. Fot.: Monika Szostek

Dojechaliśmy jednak szczęśliwie i teraz relaksujemy się po długim dniu... oglądając relację z dzisiejszych wydarzeń w Walencji w telewizji!

O mnie:  




Nazywam się Monika Szostek. Moją pasją od zawsze było pisanie; 10 lat temu „złapałam robaka”, jak to mówią Anglicy, i pokochałam podróże, w które wyruszam, gdy tylko mogę. Z zawodu jestem tłumaczem języka angielskiego (to trzecia rzecz, którą lubię najbardziej na świecie). Gwarantuję usługi doskonałej jakości, w oparciu o kilkuletnie doświadczenie w tłumaczeniach (w tym technicznych dla przemysłu ciężkiego) oraz wieloletni pobyt w Wielkiej Brytanii, połączony ze studiami licencjackimi (dziennikarstwo) i magisterskimi (lingwistyka stosowana) w Southampton (to tam, skąd wypłynął Titanic; w mieście jest nawet muzeum…) Moja strona internetowa to www.adoz.manifo.com, email: adozkontakt@gmail.com.
 
Zapraszam we wspólną podróż! :)

czwartek, 27 lutego 2014

Pola ryżowe, meduzy i jachty - oto St Carles de la Rapita - Katalonia 2012 - część 7

31.08.2014

Tarragona

 Czwartek spędziliśmy w Sant Carles de la Rapita, większość dnia nadrabiając zaległości w rozmowie ze znajomymi. W środę mieliśmy nieco zakrapiany wieczór - po kolacji, na którą zjedliśmy rybki i krojoną ośmiornicę, udaliśmy się do lokalnego baru na prawdziwe hiszpańskie mojito [czyt.: mohito] z miętą - mniam. Po tak obfitym we wrażenia dniu dopiero po południu udaliśmy się na spacer po miasteczku. 


Powyżej: Plaża w zakolu St Carles de la Rapita. Fot.: Monika Szostek

Sant Carles de la Rapita to raczej niewielka miejscowość portowa, ze sporą ilością pustostanów (po niedawnym boomie w nieruchomościach i późniejszym krachu w kryzysie sporo mieszkań pozostało nieużywanych). Plaże - choć niewielkie - urzekają spokojem, a tafla morza przypominała lustro. Przyjemnie tam - widoki miłe dla oka, tym bardziej, że po przeciwnej stronie od plaży rozciąga się pasmo skalistych gór (przepraszam: pagórków, według katalońskich standardów, ahem), których szczyty zwykle giną w chmurach, a łodzie zakotwiczone są w marinie, tworząc swoisty las masztów.

Powyżej: Deptak w St Carles - po prawej część przystani. Fot.: Monika Szostek

A w wodzie pełno jest meduz - wielkich jak wazy do zupy. Obserwowaliśmy je jak plyną do brzegu, by później rozłożyć się na wodzie i spokojnie sobie w niej bujać. Napotkaliśmy też chmary przeróżnych ryb - podobnie jak na Costa del Sol - karmionych chlebem przez lokalnych mieszkańców. Zabawnie było obserwować mewy podkradające kawałki pieczywa nieszczęsnym rybkom...


Powyżej: Płynąca meduza, czyli niezbyt interesujący filmik, ale my gapiliśmy się w wodę jak urzeczeni...

Powyżej: Karmienie ryb w St Carles. Ok, nie jest to bardzo ekscytujące, ale akurat trafiła nam się okazja popatrzeć... :)

U znajomych skosztowaliśmy też lokalnych przysmaków - wspaniale przyrządzony łosoś to jedno, co nam ogromnie smakowało, drugie to tutejsze wędlina - nadspodziewanie smaczna. Zresztą, wszystko było ucztą dla podniebienia...

Powyżej: Palma na promenadzie w St Carles. Fot.: Monika Szostek

Powyżej: Przypadkowa stop-klatka z St Carles de la Rapita. Fot.: Monika Szostek

Dla zainteresowanych:

St Carles de La Rapita to miejscowość wyrosła wokół tamtejszej przystani. To tam przypływają łódki i luksusowe jachty, między innymi z Wielkiej Brytanii. Do sławnych osobistości przybyłych do mariny w St Carles należy m.in. brytyjska piosenkarka Joss Stone. 

Jeśli ktoś miałby ochotę wybrać się na rejs swoim jachtem, polecam St Carles. :) Tam zajmują się też pełną obsługą związaną z utrzymaniem łodzi dowolnego rodzaju - firma świadcząca usługi nazywa się ASNAU (strona internetowa: www.asnau.com) i żadna praca nie jest im straszna... Po polsku też można się dogadać, gdyż w jej skład wchodzą polscy specjaliści!


O mnie:  




Nazywam się Monika Szostek. Moją pasją od zawsze było pisanie; 10 lat temu „złapałam robaka”, jak to mówią Anglicy, i pokochałam podróże, w które wyruszam, gdy tylko mogę. Z zawodu jestem tłumaczem języka angielskiego (to trzecia rzecz, którą lubię najbardziej na świecie). Gwarantuję usługi doskonałej jakości, w oparciu o kilkuletnie doświadczenie w tłumaczeniach (w tym technicznych dla przemysłu ciężkiego) oraz wieloletni pobyt w Wielkiej Brytanii, połączony ze studiami licencjackimi (dziennikarstwo) i magisterskimi (lingwistyka stosowana) w Southampton (to tam, skąd wypłynął Titanic; w mieście jest nawet muzeum…) Moja strona internetowa to www.adoz.manifo.com.
 
Zapraszam we wspólną podróż! :)

niedziela, 23 lutego 2014

W Sitges patrz w górę - Katalonia - część 4

28 sierpnia 2012

Castelldefels

Sitges i Montserrat. Dwa miejsca w okolicach Barcelony, które zasługują na szczególną uwagę. Do Sitges wybraliśmy się wczoraj. Z klasztoru buddyjskiego przyjechaliśmy wcześnie - tak aby wykąpać się w morzu i zbudować słońce z piasku. Trochę nasz przypaliło - nasze plecy nabrały różowego koloru krewetkowego koktajlu. Tacy to właśnie - podsmażeni słońcem - pojechaliśmy późnym popołudniem do Sitges.


Powyżej: Kościół na skale w Sitges. Fot.: Monika Szostek 
Powyżej: Wieża kościoła wystająca zza muru - widok z tylnej ulicy. Fot.: Monika Szostek


Sama droga, wijąca się serpentyną wzdłuż wybrzeża, warta była wycieczki. Poszarpane, skaliste szczyty, fale rozbijające się pieniście o brzeg, stare domki i nowoczesne wille, nawet fabryki wyglądające jak z powieści Philipa K. Dick'a - wszystko to sprawia, że przeciętny zjadacz chleba odnosi wrażenie jakby ktoś - czy raczej cały kraj Hiszpanii - walił go po głowie czymś pięknym. Jeden zakręt - bach! - malowniczy krajobraz: morze, żaglówki i niebieskie niebo; drugi zakręt - bach! - potargane wodą i wiatrem skały, poprzetykane zielonym bogactwem tutejszej flory; trzeci zakręt - bach! - średniowieczny kościółek, niczym z hiszpańskiej wersji o Jasiu i Małgosi, innymi słowy - jak z baśni. I tak dalej - aż w końcu dojeżdża się do Sitges.


 Powyżej: Budynki fabryki wśród gór, w drodze z Sitges. Fot.: Monika Szostek

Sitges to małe nadmorskie miasteczko z wąskimi uliczkami, tłumami, które na nie wylegają oraz niepowtarzalną atmosferą. Najlepszą i zarazem najpiękniejszą częścią Sitges wydała nam się plaża i biegnąca wzdłuż niej promenada. To tu znajdujemy piękne bloki - hotele i domy mieszkalne, ozdobione tarasami, roślinnością i malowanymi doniczkami.


Powyżej: Ulica biegnąca wzdłuż promenady w Sitges - po lewej widać liczne bary i restauracje, zaś na jej końcu - kościół na skale. Fot.: Monika Szostek



Powyżej: Bloki wyrosłe wzdłuż promenady w Sitges - każdy miał w sobie jakiś oryginalny szczegół. Fot.: Monika Szostek

W ogóle Sitges wydaje się mieć osobną sferę - przez fakt, że uliczki są wąskie, trzeba wysoko podnosić głowę, aby dojrzeć to, co się w górze kryje. A kryje się sporo - a to kuty w żelazie balkon, a to fantazyjnie malowana okiennica, to zaś mozaikowa wieża lub dachówką zdobione wypustki.

Powyżej: Uliczka w Sitges. Fot.: Monika Szostek

Powyżej: Doniczki na balkonach w Sitges. Fot.: Monika Szostek

Powyżej: "Kafelkowe" nazwy ulicy - Ulica Świętego Sebastiana po hiszpańsku (górna) i katalońsku (dolna). Fot.: Monika Szostek

Powyżej: 5th Avenue w Sitges - prosto z Nowego Jorku... Fot.: Monika Szostek

Powyżej: Ostatnie piętra w centrum Sitges. Fot.: Monika Szostek

 Byliśmy oczarowani też ogromnymi palmami, szeroką plażą i ogromnym kościołem, zbudowanym na skale, o którą regularnie i konsekwentnie biją morskie fale. Stąd skała ta ma wygląd sera po mysich odwiedzinach - woda wgryza się w kamień skutecznie. Miał rację jeden z antycznych filozofów (Horacy bodajże) mówiąc: "Gutta cavat lapidem non vi, sed saepe cadendo." ("Kropla drąży kamień nie siłą, lecz gęstym spadaniem.")



Kościoła broni też syrena, gestem zatrzymując tych, którzy być może nie powinni wchodzić dalej. Jako że gest ten nie był na pewno skierowany ani do nas, ani do pozostałych, tłumnie przybyłych turystów, przybiłam syrenie piątkę i poszliśmy zwiedzać. Warto jechać do Sitges, oj warto.

Powyżej: Krzywa palma w Sitges. Fot.: Monika Szostek

Fot.: Dom w Sitges. Fot.: Monika Szostek

Powyżej: Wieża zegara pokryta jest mozaiką. Fot.: Monika Szostek

Fot.: Sklep rybny w Sitges - założony w 1985 roku. Fot.: Monika Szostek

Powyżej: Wszystko co owocowe. Fot.: Monika Szostek

Powyżej: Fragment kamienicy. Fot.: Monika Szostek

O mnie:  




Nazywam się Monika Szostek. Moją pasją od zawsze było pisanie; 10 lat temu „złapałam robaka”, jak to mówią Anglicy, i pokochałam podróże, w które wyruszam, gdy tylko mogę. Z zawodu jestem tłumaczem języka angielskiego (to trzecia rzecz, którą lubię najbardziej na świecie). Gwarantuję usługi doskonałej jakości, w oparciu o kilkuletnie doświadczenie w tłumaczeniach (w tym technicznych dla przemysłu ciężkiego) oraz wieloletni pobyt w Wielkiej Brytanii, połączony ze studiami licencjackimi (dziennikarstwo) i magisterskimi (lingwistyka stosowana) w Southampton (to tam, skąd wypłynął Titanic; w mieście jest nawet muzeum…) Moja strona internetowa to www.adoz.manifo.com.
 
Zapraszam we wspólną podróż! :)

Popularne posty