niedziela, 31 sierpnia 2014

Empty mountains in Slovakia - Tatras 2014 / Puste góry na Słowacji - Tatry 2014

25th August 2014 / 25 sierpnia 2014

Javorina Tatranska, Slovakia / Jaworzyna Tatrzańska, Słowacja

Mountains! On the right - impressive peaks bathed in the clouds, covered with trees, ragged, green, and grey, and brown. The sun forces its rays through the clouds - hence the spots of light on the ridges. The thicket of spruces, and a bit closer - several highland huts. / Góry! Po prawej stronie - imponujące szczyty skąpane w chmurach, zadrzewione, poorane, zielono-szaro-brązowe. Słońce forsuje swoje promienie przez chmury - stąd placki światła na graniach. Gąszcz świerków, a nieco bliżej - kilka góralskich chat.

Above: The church of St Anne in Javorina Tatranska, Slovakia. Photo: Monika Szostek / Powyżej: Kościół Św. Anny w Jaworzynie Tatrzańskiej. Fot.: Monika Szostek

On the left there is an old, wooden Roman-catholic church, with a white clock on a clever tower. The windows are encircled with slightly lighter frames, old, concrete stairs leading to the solid, wooden door. And around the church - a cemetery, small, cradled into the hill. Crosses, one tombstone with an eagle, few newer ones. And green, green, everywhere's green, with evenly trimmed, thick grass under the feet. / Po lewej stoi stary, drewniany kościół rzymsko-katolicki, z białym zegarem na sprytnej wieżyczce. Okna okolone nieco jaśniejszą oprawę, stare, betonowe schodki wiodące do solidnych, drewnianych drzwi. A wokół kościoła - cmentarz, niewielki, wpatulony w pagórek. Krzyże, jeden pomnik z orłem, kilka nowszych nagrobków. I zieleń, zieleń, wszędzie zielono, z równo przystrzyżoną, gęstą trawą pod stopami.

Above: It's me, writing my travel diary by the church. Photo: Bogdan Szostek / Powyżej: To ja, pisząc mój dziennik z podróży. Fot.: Bogdan Szostek

Above: The view of the cemetery from the church's stairs. Photo: Bogdan Szostek / Powyżej: Widok na cmentarzyk z schodów kościoła. Fot.: Bogdan Szostek

Above: The church of St Anne's with its white clock on the tower. Photo: Monika Szostek / Powyżej: Kościół Św. Anny ze swoim białym zegarem na wieży. Fot.: Monika Szostek

The air is cool, but that does not prevent birds from singing. In the distance - a loud hum of the mountain brook. We are alone here - a different world comparing to the crowds on Łysa Polana or in Bukowina Tatrzańska, from which we came. / Jest chłodno, co nie przeszkadza śpiewać ptakom. W oddali słychać donośny szum górskiego potoku. Jesteśmy tu sami - inny świat w porównaniu z tłumami na Łysej Polanie i w Bukowinie Tatrzańskiej, skąd przyjechaliśmy.

We arrived at Bukowina Tatrzańska yesterday afternoon. We are staying at the mountain B&B "U Danki", in the village centre. My Deawoo Matiz brought us there - an impressive feat for a 15-year-old car. And today it got us even further. / Do Bukowiny Tatrzańskiej dotarliśmy wczoraj po południu. Zatrzymaliśmy się w pensjonacie U Danki, w samym centrum mieściny. Dowiózł nas mój Deawoo Matiz - imponujący wyczyn jak na 15-letni samochód. I to nim wybraliśmy się dzisiaj w dalszą drogę.

It was a picturesque trip - from Bukowina, currently immersed in the relatively small crowds of tourists (at least for that region) - we took off towards Łysa Polana (border crossing between Poland and Slovakia), on a slightly bumpy road. Here we had a chance to enjoy the beauty of Tatras, especially that the sun came out, despite the weather forecasts. The border was not far - motivated by the desire to explore new places we pushed forward in our Matiz on the road no 67, where at the roadside diner we left the car and went for a short walk - with Tatras on our left, and with green pastures flooded here and there with the sunlight behind us. And in the forest there were plenty of raspberries - just like in "Balladyna" (a Polish tale). /  Malownicza to była wycieczka - z Bukowiny, obecnie pogrążonej w niezbyt wielkim jak na te tereny tłumie turystów - wyruszyliśmy w kierunku Łysej Polany, przez nieco wyboistą drogę. Tu mogliśmy podziwiać tatrzańskie piękno, tym bardziej, że wbrew prognozom wyszło dzisiaj słońce. Do granicy nie było daleko - pchani chęcią odkrywania nowych miejsc popruliśmy naszym Matizem drogą nr 67, gdzie przy przydrożnej knajpie zostawiliśmy auto i poszliśmy na niedługi spacer - z Tatrami po lewej stronie, z zielonymi pastwiskami zalanymi tu i tam słońcem z tyłu. A w lesie było mnóstwo malin - jak w Balladynie...

Above: Tatras - on the Slovak side. Photo: Monika Szostek / Powyżej: Tatry - po słowackiej stronie. Fot.: Monika Szostek

Above: Raspberries. Photo: Bogdan Szostek / Powyżej: Maliny. Fot.: Bogdan Szostek

Above: Green pastures in Tatras. In reality it looks much, much bigger. And for a keen observer - my silver Matiz right in the centre of the photograph. Photo: Bogdan Szostek / Powyżej: Zielone pastwiska w Tatrach. W rzeczywistości wyglądają na wiele, wiele większe. A dla uważnego obserwatora - mój srebrny Matiz w samym środku zdjęcia. Fot.: Bogdan Szostek

Above: Tatras. Photo: Bogdan Szostek / Powyżej: Tatry. Fot.: Bogdan Szostek

And now, on our way back, we stopped in Javorina, parking in front of the Municipal Office, on the university car park. And we found this place - the oasis of peace, where just a moment ago French tourists burst in, photographing whatever they could. I could stay here all day... / A teraz, w drodze powrotnej, zatrzymaliśmy się w Jaworzynie, parkując naprzeciwko tutejszego Urzędu Gminy, na parkingu uniwersyteckim. I znaleźliśmy to miejsce, gdzie siedzimy teraz - oazę spokoju, gdzie właśnie przed chwilę wparowali francuscy turyści, fotografując co się da. Mogłabym tu siedzieć cały dzień...

Above: The entrance to the Office in Javorina, Slovakia. Photo: Monika Szostek / Powyżej: Wejście do Urzędy w Jaworzynie, Słowacja. Fot.: Monika Szostek

For those who want more detail: / Dla zainteresowanych:

We stayed at the mountain B&B "U Danki" in Bukowina Tatrzańska, Poland. The access is fairly easy from Cracow, although if you do not know the area, it is best to travel with the GPS. Prepare for driving up the hill - a lot. / Zatrzymaliśmy się w górskim pensjonacie "U Danki" w Bukowinie Tatrzańskiej. Dojazd jest w miarę prosty z Krakowa, chociaż jeśli ktoś nie zna okolic, najlepiej podróżować z nawigacją GPS. Przygotujcie się na wielokrotne wjeżdżanie pod górę...

Mountain B&B's rarely offer the basics you would expect elsewhere - to be safe, bring your own towels, soap and toilet paper. / Górskie pensjonaty rzadko oferują podstawowe rzeczy, których można się spodziewać gdzie indziej - na wszelki wypadek warto przywieźć własne ręczniki, mydło i papier toaletowy.

"U Danki" was no different, although the standard for the price we paid was great - even though it was very cold during the first two days, before our host switched on the heating. / "U Danki" nie był pod tym względem inny niż wszystkie, chociaż standard był świetny za cenę, którą zapłaciliśmy, mimo że było okropnie zimno przez pierwsze dwa dni, zanim nasza gospodyni uruchomiła ogrzewanie.



Above: Our room at "U Danki". We had a choice of three rooms upon our arrival; all had private bathrooms. Two had private balconies and a bit of a mountain view. Photo: Monika Szostek / Powyżej: Nasz pokój "U Danki". Gdy przyjechaliśmy mieliśmy wybór trzech pokoi - wszystkie z prywatnymi łazienkami. Dwa z nich miały balkony i trochę widoku na góry. Fot.: Monika Szostek

The exact address of our B&B: / Dokładny adres naszego pensjonatu to:

U Danki
Kościuszki 55
34-530 Bukowina Tatrzańska
Poland / Polska

Tel.: 0048 691537896

Cost of breakfast: / Koszt śniadania: 20 PLN (approx. 5 EUR)

Car park was free and there was no need for reservation. / Parking był darmowy i nie było potrzeby jego rezerwacji.

5 nights cost us 400 PLN (approx. 100 EUR) / 5 nocy kosztowało nas 400 PLN.

poniedziałek, 19 maja 2014

Big wave - Spain 2014, part 13 / Wielka fala - Hiszpania 2014, część 13

14 March 2014 / 14 marca 2014

Benidorm

From Cap de la Nau we went to the Granadella beach, following a curvy road between the mountains. The ride was incredible - amongst green forrests, luxury villas and general atmosphere of carelessness and joy. The road - kept in an ideal state - went round and round... until finally it led us to the very bottom, to the pebble beach. / Z Cap de la Nau krętą drogą wśród gór pojechaliśmy na plażę Granadella. Przejażdżka była niesamowita - wśród zielonych lasów, luksusowych rezydencji i ogólnej atmosfery beztroski i radości. Droga - utrzymana w idealnym stanie - wiła się i wiła... aż w końcu doprowadziła  nas na sam dół, do kamienistej plaży. 

 

Above: Rough sea in Granadella. In 15 minutes the waves grew to 2 meters, chasing the tourists away. Photo: Monika Szostek / Powyżej: Wzburzone morze w Granadella. W ciągu 15 minut bałwany urosły do 2 metrów, wyganiając turystów. Fot.: Monika Szostek

Above: Road through the mountains - ride there was a special attraction; views and ambience of this place stay in memory for a long time! Photo: Monika Szostek / Powyżej: Droga prowadząca między górami - przejażdżka tam była szczególną atrakcją - widoki i atmosfera tego miejsca na długo pozostają w pamięci! Fot.: Monika Szostek

Granadella beach is a fairly small strip of pebbles. It is surrounded from two sides by the cliffs, which enclose it, creating a cosy little cove. I suspect that in the summer the water there is calm, blue and warm - ideal for a relaxing swim in the Mediterranean Sea. However, today the water was far from calm - the waves grew higher and higher, and in the end the walls of water, 2-meter high, started to splash on the rocks, very efficiently chasing other tourists away from the viewpoints. Despite such an amazing view, we decided - just as other visitors - that perhaps it was time to go, as water started to invade the shore, swallowing it. / Plaża Granadella to niewielki pas kamieni, otoczony z dwóch stron klifami, które zamykają ją tworząc niewielką, przytulną zatoczkę. Podejrzewam, że w lecie woda tam jest spokojna, niebieska i ciepła - idealna na relaksującą kąpiel w Morzu Śródziemnym. Dzisiaj jednak woda była daleka od spokoju - fale rosły coraz wyższe i większe, aż w końcu 2-metrowe ściany wody zaczęły rozbryzgiwać się o skały, skutecznie płosząc innych turystów z punktów widokowych. Mimo tak niesamowitego widoku zdecydowaliśmy - podobnie jak inni odwiedzający - że być może czas się stamtąd ulotnić, ponieważ woda zaczęła podchodzić troszkę za blisko, połykając brzeg.


video
 Above: A short video from Granadella. Waves start to grow - unfortunately, I didn't film the biggest ones, so this is just a taste of fun... / Powyżej: Krótki film z Granadella. Fale zaczynają rosnąć - niestety, nie udało mi się nakręcić tych największych, więc to tylko przedsmak zabawy...

 Above: Information board on Granadella beach. Photo: Monika Szostek / Powyżej: Tablica informacyjna na plaży Granadella. Fot.: Monika Szostek

But the place is fantastic - in the summer the restaurants open (there are two, maybe three; at this time of the year there was only one open), as well as toilets and ice cream places. / Miejsce jest jednak fantastyczne - w lecie otwarte są tam również restauracje (są może dwie, może trzy; o tej porze roku otwarta była chyba jedna), toalety i lodziarnie.

Both the road to Granadella and other places in that area made us think of Sierra Nevada in Andalucia. Sierra Nevada is on a different scale of amazing (the place is like from a fantasy dream...), but this area made us feel at home. As if the place was embracing us. / Zarówno droga do Granadella, jak i inne miejsca w okolicy, przywiodły nam na myśl Sierra Nevada w Andaluzji. Sierra Nevada to inna skala niesamowitości (miejsce jest jak z fantastycznego snu...), ale tutejsze tereny dały nam wrażenie, że znaleźliśmy się w domu. Jakby to miejsce przygarniało nas do siebie.

It was a shame to go back, but it was time to do so, especially that our stay comes to the end. We fly out tomorrow and have to leave very early for Alicante airport. As always, we regret to part with this diverse, sunny country. All that's left is to wait for another, unforgettable visit. / Szkoda było wracać, ale czas był najwyższy, tym bardziej, że nasz pobyt dobiega końca. Jutro wylatujemy i wcześnie rano musimy wyjechać w stronę lotniska Alicante. Jak zwykle, żal nam się rozstawać z tym różnorodnym, słonecznym krajem. Pozostaje tylko czekać do następnej, niezapomnianej wizyty.

Above: At the end, one more shot from Benidorm - the apartment building in the middle is the one we stayed at. Photo: Monika Szostek / Powyżej: Na koniec jeszcze jedno ujęcie z Benidormu - środkowy budynek to apartamentowiec, gdzie wynajęliśmy nasze mieszkanie. Fot.: Monika Szostek

O mnie:  




Nazywam się Monika Szostek. Moją pasją od zawsze było pisanie; 10 lat temu „złapałam robaka”, jak to mówią Anglicy, i pokochałam podróże, w które wyruszam, gdy tylko mogę. Z zawodu jestem tłumaczem języka angielskiego (to trzecia rzecz, którą lubię najbardziej na świecie). Gwarantuję usługi doskonałej jakości, w oparciu o kilkuletnie doświadczenie w tłumaczeniach (w tym technicznych dla przemysłu ciężkiego) oraz wieloletni pobyt w Wielkiej Brytanii, połączony ze studiami licencjackimi (dziennikarstwo) i magisterskimi (lingwistyka stosowana) w Southampton (to tam, skąd wypłynął Titanic; w mieście jest nawet muzeum…) Moja strona internetowa to www.adoz.manifo.com, email: adozkontakt@gmail.com.
 
Zapraszam we wspólną podróż! :)

niedziela, 11 maja 2014

Polish flag on Cap de la Nau - Spain 2014 - part 12 / Polska flaga na Cap de la Nau - Hiszpania 2014, część 12

14th March 2014 / 14 marca 2014

Cap de la Nau

We have reached Cap de la Nau viewpoint. The road leading here was curvy and as if unreal. Luxury villas nest here on the green mountain slopes; here they have swimming pools, tennis courts, new BMWs... And, of course, the dominant language here is English, with some addition of German. We know now who the owners are. / Dotarliśmy do punktu widokowego Cap de la Nau. Droga tutaj była kręta i jakby wyjęta z innej rzeczywistości. Luksusowe wille wtulone tu są w zielone stoki gór, mają tu baseny, korty tenisowe, nowe BMW... I oczywiście większość rzeczy jest po angielsku, trochę po niemiecku. Już wiemy kim są właściciele. 

 Above: Cliffs - the viewpoint of Cap de la Nau. Photo: Monika Szostek / Powyżej: Klify - punkt widokowy Cap de la Nau. Fot.: Monika Szostek

Cap de la Nau is a culmination of our trip. We are now sitting on the only bench at the viewpoint, accompanied by two German visitors. In front of us stretches the unspoilt plane of the Mediterranean Sea - apparently, on a totally cloudless day one can see Ibiza from here, as this is the closest neighbouring point to the island. Now, however, we can see nothing except a blue-grey, gently heaving space. / Cap de la Nau to uwieńczenie naszej wycieczki. Siedzimy właśnie na jedynej ławce punktu widokowego, w towarzystwie zwiedzających Niemców. Przed nami rozciąga się niczym niezmącona tafla Morza Śródziemnego - podobno w całkowicie bezchmurny dzień widać stąd Ibizę, gdyż jest to najbliższy punkt sąsiadujący z wyspą. Teraz jednak nie widać nic poza niebiesko-szarą, lekko falującą przestrzenią.

Above: Mediterranean Sea. Photo: Monika Szostek / Powyżej: Przestrzeń Morza Śródziemnego. Fot.: Monika Szostek

On the right spread the cracked, green-orange cliffs, and in between, wherever the slope is gentle, huge villas perched, along with their triple terraces. And right next to us, on a cracked rock, stands a fairly big house built in a typically Spanish style, with a Polish flag lazily waving from the mast erected by the house. We tried to take a photo of it, but there isn't much wind and we did not succeed. / Po prawej stronie rozciągają się popękane, zielono-pomarańczowe klify, a w nich, tam gdzie spad jest łagodny, przycupnęły ogromne wille z potrójnymi tarasami. A zaraz koło nas, na pękniętej skale, stoi sobie całkiem spory dom zbudowany w typowo hiszpańskim stylu, z polską flagą powiewającą leniwie na maszcie przy domu. Próbowaliśmy zrobić jej zdjęcie, ale nie ma za bardzo wiatru i się nie udało.


Above: Fellow countrymen are everywhere! The Polish flag gently waiving on the mast. Photo: Monika Szostek / Powyżej: Rodacy są wszędzie! Na maszcie lekko powiewająca polska flaga. Fot.: Monika Szostek

It's beautiful here and one wishes to stay. / Pięknie tu i chce się tu zostać.

 Above: Information board. Photo: Monika Szostek / Powyżej: Tablica informacyjna. Fot.: Monika Szostek

 Above: The very tip of the lighthouse sticking above the trees. Photo: Monika Szostek / Powyżej: Czubek latarni morskiej wystający nad drzewami. Fot.: Monika Szostek

Above: The lighthouse info. Photo: Monika Szostek / Powyżej: Dane latarni morskiej. Fot.: Monika Szostek

Above: Cliffs - continued. Photo: Monika Szostek / Powyżej: Klify - ciąg dalszy. Fot.: Monika Szostek

O mnie:  




Nazywam się Monika Szostek. Moją pasją od zawsze było pisanie; 10 lat temu „złapałam robaka”, jak to mówią Anglicy, i pokochałam podróże, w które wyruszam, gdy tylko mogę. Z zawodu jestem tłumaczem języka angielskiego (to trzecia rzecz, którą lubię najbardziej na świecie). Gwarantuję usługi doskonałej jakości, w oparciu o kilkuletnie doświadczenie w tłumaczeniach (w tym technicznych dla przemysłu ciężkiego) oraz wieloletni pobyt w Wielkiej Brytanii, połączony ze studiami licencjackimi (dziennikarstwo) i magisterskimi (lingwistyka stosowana) w Southampton (to tam, skąd wypłynął Titanic; w mieście jest nawet muzeum…) Moja strona internetowa to www.adoz.manifo.com.
 
Zapraszam we wspólną podróż! :)

czwartek, 8 maja 2014

Leniwy moment - Hiszpania 2014, część 11

14 marca 2014

Xabia

Po jednodniowej przerwie w intensywnym zwiedzaniu (spowodowanej moim kiepskim samopoczuciem), wybraliśmy się do Denii. Denia to miasteczko idealne dla rodzinnego wypoczynku. Kiedyś miejscowość rzymska, teraz szczycąca się zamkiem na wzgórzu, świetnymi widokami na park naturalny i szczyt Montgó oraz portem. W tutejszej marinie stoi obecnie jeden z największych luksusowych jachtów, jakie w życiu widzieliśmy. Nazywa się "Niech żyje życie"...

Z Denii udaliśmy się na przejażdżkę krętymi serpentynami przez park Montgó - bardzo przyjemnie się jechało wśród dziko rosnących drzew pomarańczowych, z widokiem na morze i górę Montgó.

Powyżej: Widok w drodze do miasteczka Xabia. Fot.: Monika Szostek


Do Xabia nie było daleko. Wbrew pozorom, miasteczko nie jest małe (przynajmniej wg polskich standardów) i rozpościera się aż na tutejsze wzgórza, gdzie pobudowano typowe wille z okrągłymi dachami, łukami i tarasami.

 Powyżej: Przyjazd do Xabia. Fot.: Monika Szostek

Po kilkunastu minutach kluczenia po wąskich ulicach dotarliśmy do plaży i tu teraz siedzimy, w słońcu. Plaża jest kamienista, a fale są dzisiaj spore i rozbryzgują się o skalisty brzeg. Z dwóch stron otoczeni jesteśmy poszarpanymi wzgórzami, które tworzą całkiem pokaźne klify. Woda ma kolor turkusowo-zielony, a radio gra hiszpańskie przeboje. Ot, taki leniwy moment gdzieś-tam na Costa Blanca...

Powyżej: Kamienista plaża w Xabia. Fot.: Monika Szostek

Powyżej: Fiat Panda na tle klifów i morza... Fot.: Monika Szostek

Dla zainteresowanych:

Pogoda w Hiszpanii może być zdradliwa. Wbrew powszechnemu przekonaniu, z którym regularnie się spotykam, w tym pięknym kraju można porządnie zmarznąć. Noce są szczególnie zimne, zwłaszcza gdy wieje (pamiętam takie noce na Costa del Sol, gdy przeciąg hulał od drzwi do nieszczelnych okien; spałam wtedy w dwóch swetrach, pod kocem i kołdrą; w ogóle domy na Costa del Sol są kiepsko zbudowane i nieocieplone w żaden sposób). W ciągu dnia zaś jesteśmy wystawiani na sporą różnicę temperatur, gdyż w słońcu może być +25 stopni, a w cieniu - zaledwie +15 - wystarczy jeden krok, aby przejść między latem a wiosną. Dlatego lepiej wziąć coś ciepłego do ubrania jeśli planujemy urlop w Hiszpanii w miesiącach zimowych czy wiosennych.

O mnie:  




Nazywam się Monika Szostek. Moją pasją od zawsze było pisanie; 10 lat temu „złapałam robaka”, jak to mówią Anglicy, i pokochałam podróże, w które wyruszam, gdy tylko mogę. Z zawodu jestem tłumaczem języka angielskiego (to trzecia rzecz, którą lubię najbardziej na świecie). Gwarantuję usługi doskonałej jakości, w oparciu o kilkuletnie doświadczenie w tłumaczeniach (w tym technicznych dla przemysłu ciężkiego) oraz wieloletni pobyt w Wielkiej Brytanii, połączony ze studiami licencjackimi (dziennikarstwo) i magisterskimi (lingwistyka stosowana) w Southampton (to tam, skąd wypłynął Titanic; w mieście jest nawet muzeum…) Moja strona internetowa to www.adoz.manifo.com, email: adozkontakt@gmail.com. Angielska wersja blogu Wielki Marsz znajduje się tutaj: http://thegreatwalkblog.wordpress.com/
 
Zapraszam we wspólną podróż! :)

piątek, 2 maja 2014

Wąskie uliczki i tajemnicze drzwi w Polop - Hiszpania 2014, część 10

12 marca 2014

Benidorm

Po wizycie w Guadalest, o wiele spokojniejszym teraz, poza sezonem, pojechaliśmy do Polop. Przy wjeździe rosną drzewa cytrynowe i pomarańczowe - ciągną się przez dobry kilometr. Im bliżej centrum miejscowości, tym węższe uliczki, między domami. W Polop właściwie nie ma wiele chodników, a w wielu miejscach gdy nadjeżdża samochód trzeba chować się w pobliskich drzwiach.


A drzwi w Polop są ciekawe - w większości porządne, duże, drewniane i ozdobne, niektóre z fantazyjną kołatką, inne z okrągłą klamką, jeszcze inne zbudowane w kształcie łuku. Domy są stare, białe, żółte, beżowe - razem tworzą jednorodną, jasną całość, z daleka zlewając się kolorami.

 Powyżej: Drzwi w kamienicach w Polop. Fot.: Monika Szostek

Udało nam się dojść do Placa del Peix, gdzie znajduje się Iglesia Parroquial de San Pedro Apóstol (Kościół Parafialny Świętego Piotra Apostoła) - to właśnie dzwonnica tego kościoła jest swoistą wizytówką miejscowości, oprócz ruin zamku górujących nad resztą budowli. Ruiny te jednak niemal wtapiają się w otoczenie, szare, ginąc pośród słonecznych budynków.

Powyżej: Kościół i dzwonnica; alejki między domami są tak wąskie, że auto ledwo się w nich mieści! Fot.: Monika Szostek


Atmosfera Polop jest interesująca: miejsce wydaje się opustoszałe, przynajmniej w centrum. Na wąskich uliczkach nikogo nie ma - tylko od czasu do czasu z zawrotną (jak na "wąskie" warunki) prędkością przejeżdża samochód. Samotny, rudy pies, szczekający na wszystkich, biega wokoło. Na oknach wystawione są butelki z wodą (nie było kogo zapytać po co...), a szczyty gór wyglądają przez szpary między budynkami, przypominając o swojej obecności: "Halo, popatrz na nas, ciągle tu jesteśmy." Starszy pan podpierający się laskami powoli schodzi ze stromej uliczki - częściowo będącą ulicą, a częściowo schodami (schodki zostały wmontowane w sam jej środek). I jest wąsko, bardzo wąsko, prawie klaustrofobicznie, gdyby nie rozległa panorama okolicy, widoczna z różnych nieoczekiwanych miejsc w Polopie.

Powyżej: Widok z miasteczka Polop. Fot.: Monika Szostek

Z trudem wjechaliśmy i wyjechaliśmy stamtąd naszą wypożyczoną, rzężącą Pandą, której to wszystko się w ogóle nie podobało - Fiat Panda jest gatunkiem, który lubi tereny płaskie. Jednak warto było sobie zrobić przystanek w Polop i pospacerować po sennych, brukowanych uliczkach.


Powyżej: Ulica w Polop. Fot.: Monika Szostek

 Dla zainteresowanych:

Polop, La Nucia i Guadalest nie są jedynymi atrakcjami w tamtejszej okolicy. Jak to w Hiszpanii, miejsca godne zwiedzenia się nie kończą - kolejnym są wodospady Fonts del Algar, wzdłuż których można przejść po schodach! Niestety, nie dotarliśmy do nich w naszych podróżach, a podobno warto.

Dojazd do Guadalest i okolicznych miejscowości nie jest trudny - z Benidormu należy kierować się trasą N332 w kierunku Altei, a tam skręcić w lewo na La Nucia oraz Polop - po Altei trzeba trochę pokrążyć, ale drogi są dobrze oznaczone, więc wystarczy podążać za znakami na rondach. Jak to mówią Hiszpanie: "muy facil, muy cercano" ("bardzo prosto, bardzo blisko").

O mnie:  




Nazywam się Monika Szostek. Moją pasją od zawsze było pisanie; 10 lat temu „złapałam robaka”, jak to mówią Anglicy, i pokochałam podróże, w które wyruszam, gdy tylko mogę. Z zawodu jestem tłumaczem języka angielskiego (to trzecia rzecz, którą lubię najbardziej na świecie). Gwarantuję usługi doskonałej jakości, w oparciu o kilkuletnie doświadczenie w tłumaczeniach (w tym technicznych dla przemysłu ciężkiego) oraz wieloletni pobyt w Wielkiej Brytanii, połączony ze studiami licencjackimi (dziennikarstwo) i magisterskimi (lingwistyka stosowana) w Southampton (to tam, skąd wypłynął Titanic; w mieście jest nawet muzeum…) Moja strona internetowa to www.adoz.manifo.com.
 
Zapraszam we wspólną podróż! :)

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Kałamarnica nad jeziorem w Guadalest - Hiszpania 2014, część 9

12 marca 2014, środa

Guadalest

Dzisiaj dogoniła mnie praca - jak wiadomo, bez pracy nie ma kołaczy, a już na pewno nie ma zagranicznych wyjazdów w poszarpane wiatrami hiszpańskie góry. Dlatego do 14.30 tłumaczyłam i do Guadalest wyruszyliśmy dość późno. Na szczęście z Benidormu to przysłowiowy rzut beretem i nawet moje samopoczucie (obecnie dość kiepskie) nie przeszkodziło nam w wycieczce.


Powyżej: Jezioro w Guadalest - mieszkać z takim widokiem za oknem! Fot.: Monika Szostek

Przejechaliśmy przez Alteę, La Nucia i Polop. W pierwszej miejscowości minęliśmy granatowe morze i głazy ułożone wzdłuż plaży, o które obijały się fale, wychlapując wodę morską na chodnik. W La Nucia zaś widzieliśmy niekończące się plantacje pomarańczy - ciemnozielone drzewa uginają się tu teraz pod ciężarem  pomarańczowych kulek. Polop zaś to wioska złożona z beżowo-żółtych domów, położona na wzgórzu, z górującą nad nią dzwonnicą. Bardzo malownicza.

Skowyczącym Fiatem Pandą pojechaliśmy jednak ostro pod górę, aż dotarliśmy do Guadalest.

Powyżej: Skały w Guadalest. Fot.: Monika Szostek

Powyżej: Widok na jezioro z Guadalest, z ruin zamku. Zdjęcie zrobione podczas wycieczki w roku 2013. Fot.: Monika Szostek

Ruiny zamku Guadalest położone są na wysokiej, postrzępionej skale wyrastającej z doliny. Na zdjęciach wygląda to bardzo imponująco. Czego jednak nie widać na zdjęciach, to to, że ogromna skała z ruinami zamku to pestka w porównaniu z otaczającymi Guadalest szczytami, które są dziesięć razy większe...

Do zamku wchodzi się po schodkach i uliczkach, wyłożonych brukiem. Wstęp do samych ruin oraz zabytkowego muzeum, na które został przerobiony średniowieczny dom tutejszej arystokracji, jest płatny. Odwiedziliśmy te atrakcje w zeszłym roku, więc teraz już je ominiemy. Dodam jednak, że naprawdę warto zwiedzić te rzeczy przynajmniej raz - panorama gór jest niesamowita, a muzeum nie tylko ciekawe, ale też spore - dlatego lepiej tu przyjechać na cały dzień.

 Powyżej: Jeden ze sklepów z pamiątkami w Guadalest. Fot.: Monika Szostek

 
Powyżej: Pomarańczowy sezon - kupiliśmy, oczywiście! Fot.: Monika Szostek

 Powyżej: Stragan z miejscowymi specjałami z Guadalest i tamtejszego regionu. Fot.: Monika Szostek

W Guadalest zwróciliśmy uwagę jeszcze na dwa muzea: Muzeum Miniatur, które jakoś nas nie pociąga, a także 'Casa Tipica' - typowy dawny dom z tych okolic, ukazujący dawne życie w tych rejonach, urządzony tradycyjnie. Wstęp jest wolny, ale nie należy dać się zwieść - trzeba zostawić małe "co łaska" przy wyjściu.

Guadalest to także lazurowe jezioro, rozciągające się między górami. Jego kolor jest tak intensywnie turkusowy, że aż trochę sztuczny; trudno uwierzyć, że natura sama nadała mu taką barwę. Widok jednak jest nieziemski - już samo to sprawia, że wycieczka tutaj to konieczność dla każdego, kto zwiedza Costa Blanca.

Trochę zmarzliśmy jednak od tego podziwiania, chodzenia, fotografowania i kręcenia się to tu, to tam, więc z przyjemnością weszliśmy do jednego z tutejszych lokali. Mając ochotę na coś, czego zwykle nie jadamy, Bogdan zamówił kanapkę z calamares, a ja - Sepia a la Plancha, czyli grillowaną kałamarnicę. Kanapka była pyszna, kałamarnica dziwna, ale zjadliwa i dość sycąca. Teraz czas ruszać dalej.

Powyżej: Kałamarnica. Fot.: Monika Szostek


Dla zainteresowanych: 

W Guadalest, zaraz przy wejściu na zamek, znajdują się dwa parkingi - ceny za parking zaczynają się już od 2 Euro. Warto też pamiętać, że w drodze na górę trzeba pokonać sporo schodów - dla osób z ograniczonymi zdolnościami ruchowymi wdrapanie się na górę może prezentować nieco trudności. 

O mnie:  




Nazywam się Monika Szostek. Moją pasją od zawsze było pisanie; 10 lat temu „złapałam robaka”, jak to mówią Anglicy, i pokochałam podróże, w które wyruszam, gdy tylko mogę. Z zawodu jestem tłumaczem języka angielskiego (to trzecia rzecz, którą lubię najbardziej na świecie). Gwarantuję usługi doskonałej jakości, w oparciu o kilkuletnie doświadczenie w tłumaczeniach (w tym technicznych dla przemysłu ciężkiego) oraz wieloletni pobyt w Wielkiej Brytanii, połączony ze studiami licencjackimi (dziennikarstwo) i magisterskimi (lingwistyka stosowana) w Southampton (to tam, skąd wypłynął Titanic; w mieście jest nawet muzeum…) Moja strona internetowa to www.adoz.manifo.com.
 
Zapraszam we wspólną podróż! :)

sobota, 26 kwietnia 2014

Mewa na kaktusie - Hiszpania 2014, część 8

11 marca 2014, wtorek

Benidorm

Niestety, na Isla Benidorm musiałam przerwać pisanie: ostatnia łódź odbierająca turystów (i pracowników jedynej kawiarni) z wyspy zawsze trąbi. Dlatego gdy tylko usłyszeliśmy sygnał, poszliśmy w stronę przystani... jeśli tak można to nazwać. 

 
 
Powyżej: Łódź ze szklanym dnem, która wozi turystów na Isla Benidorm. Fot.: Monika Szostek


Po wycieczce dnem morza poszliśmy sobie na szczyt wyspy - droga jest łatwa, ale ciągle lepiej mieć dobre buty. Parę razy pośliznęłam się na wapiennych kamieniach. Wyspa jest zdominowana przez mewy i kaktusy. Z jednej strony jej zbocze łagodnie opada do morza, z drugiej zakończona jest dramatycznymi klifami - wszystko to pokryte zielonymi kaktusami i ptasimi odchodami. Rozciągające się w oddali pasmo budynków i gór jest jednak warte wycieczki.

 Powyżej: Mewa odpoczywająca na kaktusie. Isla Benidorm. Fot.: Monika Szostek

 Powyżej: Kwitnące kaktusy na Isla Benidorm. Fot.: Monika Szostek

Powyżej: Jedyny budynek na wyspie - mała kafejka nad prowizoryczną przystanią. Fot.: Monika Szostek

Droga powrotna była jeszcze bardziej rozkołysana niż  przeprawa na wyspę, no i trochę chłodna. Bez dobrych, wiatroodpornych kurtek bardzo byśmy tu marzli, mimo słońca.

Z niewielkiej przystani dzieliło nas zaledwie pięć minut od miejsca, w którym siedzimy teraz: przyjemny, wyłożony płytkami i otoczony wymyślnymi kamiennymi barierkami skwer, zalany słońcem, z którego widać i morze, i wyspę. Aby wprowadzić jeszcze bardziej wakacyjny klimat, przygrywa nam na gitarze uliczny artysta, śpiewając anglojęzyczne przeboje. Gdy przyszliśmy, słyszeliśmy jak dziękował publiczności za "te trzy czy cztery oklaski", które dostał... Chyba muszę skończyć pisać i przyłączyć się do klaki.

Powyżej: Tu odpoczywaliśmy po rejsie - idealne miejsce na mały relaks z widokiem na morze. Fot.: Monika Szostek

O mnie:  



Nazywam się Monika Szostek. Moją pasją od zawsze było pisanie; 10 lat temu „złapałam robaka”, jak to mówią Anglicy, i pokochałam podróże, w które wyruszam, gdy tylko mogę. Z zawodu jestem tłumaczem języka angielskiego (to trzecia rzecz, którą lubię najbardziej na świecie). Gwarantuję usługi doskonałej jakości, w oparciu o kilkuletnie doświadczenie w tłumaczeniach (w tym technicznych dla przemysłu ciężkiego) oraz wieloletni pobyt w Wielkiej Brytanii, połączony ze studiami licencjackimi (dziennikarstwo) i magisterskimi (lingwistyka stosowana) w Southampton (to tam, skąd wypłynął Titanic; w mieście jest nawet muzeum…) Moja strona internetowa to www.adoz.manifo.com.
 
Zapraszam we wspólną podróż! :)

Popularne posty